poniedziałek, 26 października 2015

Ucieczka od rzeczywistości

Kończy się październik, wakacje definitywnie się skończyły, a my wróciłyśmy do naszej codzienności. 
Ta rzeczywistość spadła na mnie jak głaz, bo chyba nikt nie powie mi, że wstawanie o 5:30 jest przyjemne. Bez porządnego kubka kawy nie ma szans. I właśnie pijąc moją poranną kawę uświadomiłam sobie, że minął już miesiąc od wizyty w Pradze. I właśnie kawałek tej Pragi chcę Wam dzisiaj pokazać.
(Nie będę ględzić o historii, bo przecież możecie sobie to sprawdzić na Wikipedii)

Trochę wstyd się przyznać, ale to była moja pierwsza wizyta w Pradze, mimo, że duża część mojej rodziny pochodzi z Czech. Dlatego kiedy mignęła mi reklama Pragi w internecie, decyzja była spontaniczna. Zadzwoniłam do Przyjaciółki:

-Jedziemy? 
-Jedziemy!

Dwa dni później siedziałyśmy w pociągu całe podekscytowane. 3 dni przed nami, przygody gwarantowane, bo przecież z nami nigdy nic nie wychodzi tak jak planujemy. 


I  zaczęło się już w hotelu, kiedy Przyjaciółka uświadomiła sobie, że nie wzięła dowodu osobistego. A przecież sprawdzała przed wyjazdem. Wcisnęłam recepcjonistce kit, że zgubiła, więc nie ma. Jakoś przeszło. Potem pomyliłyśmy kierunki i pojechałyśmy złym tramwajem w totalnie złą stronę. Potem zaczęło lać. Pomyślałam, że świetnie się zapowiada i cały mój perfekcyjny plan pójdzie się... (no sami wiecie co) i zaczęłam się zastanawiać, gdzie ta Praska magia, o której wszyscy mówią. Ale byłyśmy głodne, więc "szukanie  magii" zostawiłam sobie na później. 


Trafiłyśmy  do Templariuszy. Pyszne, tradycyjne czeskie jedzonko i przed wszystkim ceny dla naszej klasy ekonomicznej. ;)  Potem ruszyłyśmy na rynek Starego Miasta. I tam "znalazłam tą magię". Ludzie, muzyka, zapachy. Czego więcej chcieć od życia. Uwierzcie mi, że nie ma nic piękniejszego, niż pić grzane wino i patrzeć się na tych szczęśliwych ludzi. W tym momencie znikają wszystkie troski. 





Drugi dzień przyniósł fantastyczny humor, nowe siły i przed wszystkim SŁOŃCE. Przewodnik w rękę, okulary na nos i lecimy odkrywać miasto. Dzisiaj Hradczany. Piękny Zamek Królewski, cudowne i tajemnicze uliczki, pachnące kramy z jedzeniem i przed wszystkim WIDOKI. Stojąc i podziwiając widoki poczułam się wolna i zdolna do wszystkiego. Wiecie, aż chciałoby się powiedzieć " up in the air, chasing a dream so real". Tutaj nie ma co opowiadać, to trzeba samemu zobaczyć.








Później zahaczyłyśmy o Most Karola. Niby ładny, ale jak dla mnie zbyt przereklamowany i trochę tłoczny. 

Trzeciego dnia odwiedziłyśmy Wyszehrad, ale prawdziwą atrakcją było... pływanie po Wełtawie na rowerku wodny. Świetna zabawa, można się zrelaksować (poznać ciekawych ludzi z innego rowerka ;)) i nawet to, że nie potrafiłyśmy nim sterować było fajne. I nie ma to jak selfie na środku rzeki.




Praga jest piękna. Wiele zobaczyłam, odpoczęłam, a co najważniejsze "wywietrzyłam głowę". 

Wszystkim polecam Pragę! Z całą pewnością ma w sobie "to coś". 
Teraz już wracam na ziemię, a konkretnie do kodeksu karnego. 

Macie jakieś pytani? Piszcie, chcemy wiedzieć czy jest ktoś po drugiej stronie ekranu. 

P.S. Echelon był też w Pradze, co prawda rosyjski, ale był. Nie podejrzewałam, że kiedy włączymy w pokoju "Night of the hunter" ktoś zapuka do drzwi, popatrzy na nas dziwnie i 5 minut później na korytarzu włączy "This is war".

sobota, 24 października 2015

Nigdy nie bądź lepszy od swojego szefa.

  Na wstępie wyrażam głęboką skruchę za to, że zaczęłyśmy tak dobrze (błagam, wszyscy pewnie wycieraliśmy ślinę spod ust, oglądając zdjęcia z posta Ani!), a potem równie szybko zniknęłyśmy. Słomiany zapał znów dał o sobie znać. Ale wracamy! I wracamy z tematem godnym samego Pudelka! Z tym, że dzisiaj osobiście przybywam, aby plotki DEMENTOWAĆ. 
Postawmy sobie sprawę jasno: pisałam na swoim prywatnym blogu swego czasu, ile dobrego wynoszę z udzielania się w grupie Kings & Queens i zapewniam, że nigdy z własnej nieprzymuszonej woli nie opuściłabym grupy na więcej, niż kilka dni (co zdarzyło mi się tylko raz, kiedy ktoś zażartował ze mnie w nieodpowiedni sposób). Skąd więc moja absencja, utrzymująca się już prawdopodobnie ponad miesiąc? Podziękujcie swojej ukochanej Pani Admin (tak, z wielkiej litery, bo za taką ważną właśnie ta Pani się ma). 
Nie chodzi mi o osobistą vendettę. Nie zamierzam wywlekać na światło dzienne żadnych osobistych brudów, bo to nie jest poziom, do jakiego chciałabym się zniżyć. Chcę otwarcie powiedzieć, jak było i przestać ludziom wciskać kity, że odeszłam przez natłok nauki czy pracy, tylko po to, żeby ich nie zniechęcać do grupy. 
Z Kings&Queens zostałam wyrzucona po uprzedniej prośbie, żebym odeszła sama.
Była to dla mnie doprawdy żenująca sytuacja. Pojawiły się na mnie skargi, których nie mogłam przeczytać, bo zmieniono hasło do maila grupowego. Adminkę ugodziło, że śmiałam skomentować pewne zachowania na twitterze, co odebrała osobiście (choć pewnie poza nią nikt więcej by się nie domyślił, o co mi chodzi). Odniosłam też wrażenie, że wyżej wymieniona Pani ma mi niesamowicie za złe, że nie zrobiłam z niej fundamentu każdego przedsięwzięcia, za które się wzięłam w trakcie bycia członkiem grupy - a było ich kilka. 
Nie jestem, nie byłam i nigdy nie będę krystalicznie czystym człowiekiem. Ale w tym momencie czuję się skrzywdzona, bo w realnym podsumowaniu, robiłam więcej dobrego, niż złego. Może i mam jakieś prywatne "ale" wobec miłościwie Wam (bo już nie mi) panującej Admince, ale czy w ten sposób wyrządziłam jakąś krzywdę grupie? Próbowałam ogarnąć trochę niesamowity burdel, jaki robił się na tej grupie i nie dlatego, że czułam jakąś potrzebę przejęcia tej społeczności, ale zwyczajnie dlatego, że mi się w tym bajzlu też źle funkcjonowało. A teraz wychodzi na to, że mam jakiś zakrzywiony obraz rzeczywistości :) 
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ale o zmianach i innych nowościach następnym razem ;)

Na koniec coś bardziej pozytywnego, co mi osobiście nie daje spać. Co sądzicie o tym arcydziele fotoszopa? Osobiście nie mogłabym sobie odmówić komentarza w tej sprawie, jestem po prostu zachwycona tą okładką. Nie mam pojęcia, czy to okładka płyty (oby! To by oznaczało, że prace już chylą się ku końcowi!), czy singla, ale mnie się niesamowicie podoba. Po drętwej okładce do LLF+D - bo powiedzmy sobie szczerze, że jakaś szczególnie niesamowita to ona nie była - wreszcie coś się dzieje i mam milion pomysłów na minutę, jak to zinterpretować.
Tak bardzobardzobardzo chcę ją mieć! 
Zwróćcie uwagę na wyrąbane w kosmos litery ze zdjęć tłumu. Czy Wy też macie wrażenie, że to kadry z CTTE?
Rany, tęskniłam za Echelonem. ;)

środa, 9 września 2015

Farfalle z kurczakiem, kremowym sosem, rukolą i pomidorkami.

Uwielbiam włoską kuchnie. Te smaki i zapachy. Uwielbiam gotować. A co najważniejsze kocham tworzyć nowe dania. Dzisiaj podzielę się z wami moim przepisem na farfalle z kurczakiem, kremowym sosem, rukolą i pomidorkami. 



Składniki (2 porcje):

*150 g makaronu typu farfalle,
*1 pierś z kurczaka,
*1 szklanka gęstego jogurtu naturalnego lub śmietany 18%,
*2 łyżki oliwy z oliwek,
*2 ząbki czosnku,
*100 g startego sera żółtego Cheddar,
*pół cebuli,
*4 pomidorki koktajlowe,
*garść rukoli,
*świeża bazylia
*pieprz, sól
*przyprawy: rozmaryn, papryka słodka, zioła prowansalskie, cząber, tymianek.

Sposób przygotowania: 


1. Marynujemy kurczaka. Warto zrobić to kilka godzin wcześniej, a najlepiej dzień wcześniej. Kroimy pierś z kurczaka na drobną kostkę. Wrzucamy do miski. Dodajemy drobno posiekaną cebule, oliwę z oliwek. Doprawiamy pieprzem, solą, rozmarynem, słodką papryka, ziołami prowansalskimi, cząbrem i tymiankiem. Mieszamy i odstawiamy do lodówki. Do marynaty można dodać 2-3 łyżki czerwonego wina, aby oddać mu wyrazistości.


2. Gotujemy makaron zgodnie z zaleceniami na opakowaniu. 

3. Przygotowujemy sos. Do rozgrzanego woka wrzucamy naszego kurczaka i podsmażamy. Zajmuje to około 4 minuty. Następnie dodajemy jogurt naturalny lub śmietanę (zależy kto co lubi). Warto pamiętać, aby jogurt (śmietana) nie był zimny, tylko miał temperaturę pokojowa ą, bo nam się zważy. Dodajemy pieprz, sól, przyprawy ( zioła prowansalskie, tymianek), czosnek rozgnieciony na prasce, liście bazylii i ser. Mieszamy i gotujemy 3-4 minuty, na średnim ogniu, cały czas mieszając.




4. Po ugotowaniu makaronu dodajemy go do sosu. Mieszamy i gotujemy przez 2 minuty

5. Przekładamy gotowe danie do misek, Układamy na wierzchu świeżą rukolę i pokrojone pomidorki koktajlowe. 15 minut i gotowe.

SMACZNEGO! 

czwartek, 3 września 2015

Pokolenie Ikea

Pamiętam, jak któregoś dnia (z pewnością było to już na studiach i z pewnością na drugim roku, bo moja koleżanka M. już z nami była) usłyszałam od przyjaciółki a czytałaś już ten blog o pokoleniu ikea? i nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Wieczorem to wygooglowałam i spędziłam na czytaniu tyle czasu, że mało nie zaspałam kolejnego dnia na zajęcia.

POKOLENIE IKEA – ludzie, których stać na kupno mieszkania na kredyt, ale już nie stać na jego urządzenie. Pokolenie Ikea zamiast na łóżku sypia na materacu rzuconym na podłogę, zamiast szafy używa papierowych kartonów, a za kuchnię starcza mu elektryczny czajnik i zestaw chińskich zupek błyskawicznych. Cechy charakterystyczne: papierowa lampa kula z Ikea za 25 zł oraz zestaw regałów Billy po 99 zł sztuka. Pokolenie Ikea to zazwyczaj mieszkający w dużych miastach element napływowy z małych miasteczek. Większość czasu spędza w pracy. Więzi międzyludzkie utrzymuje za pomocą komputera. Jego marzenia to stały i niczym nieograniczony dostęp do internetu. W sieci spotyka swoich partnerów seksualnych, w sieci się z nimi kłóci i przez sieć ich rzuca. 

To zdecydowanie nie jest blog dla ludzi, którym się wydaje, że społeczeństwo nadal jest ułożone, celem życia jest założenie rodziny, To jest kawałek przyjemnego czytania dla osób z dystansem do świata.

 Gdyby pół roku temu ktoś mi powiedział, że książka Pokolenie Ikea mnie tak wciągnie, nie uwierzyłabym. Ale to jest kawał dobrej, relaksującej literatury. Nie jest to może ukochany przez wszystkich Coelho i jeśli oczekujecie czegoś wzniosłego i uduchowionego, to w tej książce tego nie znajdziecie. Życie jej bohaterów niby nie jest takie zwyczajne (nie oszukujmy się - kto z nas jest prawnikiem, którego stać na sprowadzane z Francji trufle?), a z drugiej strony jest tak przyziemne, że aż zabawne. Korpo-jedzenie-seks-sen, tak można w skrócie podsumować to życie. Ale to nie jest też kolejna wersja 50 Twarzy Greya. Pokolenie czyta się lekko, przyjemnie i z uśmiechem na ustach. I powiem Wam jedno - ta książka jest brutalnie szczera i brutalnie prawdziwa.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie twierdzę, że w życiu chodzi tylko o to, żeby mieć pieniądze do wydania i kogoś do łóżka (żeby się nie wyrazić dosadniej), bo aż tak na poważnie tego brać nie można. Ale czy cytat na powyższym obrazku nie jest prawdziwy? Jest! Przynajmniej w moim przypadku - już z cztery lata jestem na diecie pt. "nie powinnam była jeść tego wafelka, ale on mnie tak kusił..." i powiem Wam, że podpiszę się pod powyższym cytatem obiema rękami.

Jest powód, dla którego pierwszym postem na blogu jest post o książce. Nie chcemy, żeby to był kolejny blog tylko o fatałaszkach, kosmetykach za niebotyczne kwoty, na które połowy naszych czytelniczek nie będzie stać i generalnie taką promocją pustostanu. Tylko nie myślcie sobie, że z drugiej strony będziemy promować wyłącznie kulturę wyższą. Chcemy po prostu uchylić Wam drzwi do naszego świata. A skoro czytelnictwo zawsze promowałam i promować będę, to właśnie dlatego witam Was w swoich skromnych progach książką, którą przeczytać warto. Choćby po to, żeby się momentami pośmiać. Bo śmiech to zdrowie, a zdrowia nigdy za wiele! ;)



~*~
A tak z innej beczki, to nie zapominajmy o urodzinach naszego drogiego Tomo! Echelon w nazwie bloga zobowiązuje, a my oczywiście pamiętamy!