Ta rzeczywistość spadła na mnie jak głaz, bo chyba nikt nie powie mi, że wstawanie o 5:30 jest przyjemne. Bez porządnego kubka kawy nie ma szans. I właśnie pijąc moją poranną kawę uświadomiłam sobie, że minął już miesiąc od wizyty w Pradze. I właśnie kawałek tej Pragi chcę Wam dzisiaj pokazać.
(Nie będę ględzić o historii, bo przecież możecie sobie to sprawdzić na Wikipedii)
Trochę wstyd się przyznać, ale to była moja pierwsza wizyta w Pradze, mimo, że duża część mojej rodziny pochodzi z Czech. Dlatego kiedy mignęła mi reklama Pragi w internecie, decyzja była spontaniczna. Zadzwoniłam do Przyjaciółki:
-Jedziemy?
-Jedziemy!
Dwa dni później siedziałyśmy w pociągu całe podekscytowane. 3 dni przed nami, przygody gwarantowane, bo przecież z nami nigdy nic nie wychodzi tak jak planujemy.
I zaczęło się już w hotelu, kiedy Przyjaciółka uświadomiła sobie, że nie wzięła dowodu osobistego. A przecież sprawdzała przed wyjazdem. Wcisnęłam recepcjonistce kit, że zgubiła, więc nie ma. Jakoś przeszło. Potem pomyliłyśmy kierunki i pojechałyśmy złym tramwajem w totalnie złą stronę. Potem zaczęło lać. Pomyślałam, że świetnie się zapowiada i cały mój perfekcyjny plan pójdzie się... (no sami wiecie co) i zaczęłam się zastanawiać, gdzie ta Praska magia, o której wszyscy mówią. Ale byłyśmy głodne, więc "szukanie magii" zostawiłam sobie na później.
Trafiłyśmy do Templariuszy. Pyszne, tradycyjne czeskie jedzonko i przed wszystkim ceny dla naszej klasy ekonomicznej. ;) Potem ruszyłyśmy na rynek Starego Miasta. I tam "znalazłam tą magię". Ludzie, muzyka, zapachy. Czego więcej chcieć od życia. Uwierzcie mi, że nie ma nic piękniejszego, niż pić grzane wino i patrzeć się na tych szczęśliwych ludzi. W tym momencie znikają wszystkie troski.
Drugi dzień przyniósł fantastyczny humor, nowe siły i przed wszystkim SŁOŃCE. Przewodnik w rękę, okulary na nos i lecimy odkrywać miasto. Dzisiaj Hradczany. Piękny Zamek Królewski, cudowne i tajemnicze uliczki, pachnące kramy z jedzeniem i przed wszystkim WIDOKI. Stojąc i podziwiając widoki poczułam się wolna i zdolna do wszystkiego. Wiecie, aż chciałoby się powiedzieć " up in the air, chasing a dream so real". Tutaj nie ma co opowiadać, to trzeba samemu zobaczyć.
Później zahaczyłyśmy o Most Karola. Niby ładny, ale jak dla mnie zbyt przereklamowany i trochę tłoczny.
Trzeciego dnia odwiedziłyśmy Wyszehrad, ale prawdziwą atrakcją było... pływanie po Wełtawie na rowerku wodny. Świetna zabawa, można się zrelaksować (poznać ciekawych ludzi z innego rowerka ;)) i nawet to, że nie potrafiłyśmy nim sterować było fajne. I nie ma to jak selfie na środku rzeki.
Praga jest piękna. Wiele zobaczyłam, odpoczęłam, a co najważniejsze "wywietrzyłam głowę".
Wszystkim polecam Pragę! Z całą pewnością ma w sobie "to coś".
Teraz już wracam na ziemię, a konkretnie do kodeksu karnego.
Macie jakieś pytani? Piszcie, chcemy wiedzieć czy jest ktoś po drugiej stronie ekranu.
P.S. Echelon był też w Pradze, co prawda rosyjski, ale był. Nie podejrzewałam, że kiedy włączymy w pokoju "Night of the hunter" ktoś zapuka do drzwi, popatrzy na nas dziwnie i 5 minut później na korytarzu włączy "This is war".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz